piątek, 22 czerwca 2012

 Barcelona

 W Barcelonie byłem w listopadzie, pięciodniowy wyjazd w okolicach Święta Niepodległości.  W lecie nigdy tam nie byłem, ale mam małe porównanie z wyjazdów znajomych i wiem, że jeśli ma się ochotę na intensywne zwiedzanie, taka pora jest dużo lepsza, gdyż nie ma aż tak dużo ludzi (w mieście zawsze jest ich pełno, ale nie ma aż takich kolejek itd.). Pogoda dopisała, około 20 stopni, dużo słońca, tylko jeden dzień pochmurny, lecz także ciepły. Po przylocie zakwaterowaliśmy się w naszym hostelu, w sercu miasta- bocznej uliczce La Rambli i od razu udaliśmy się na nocny spacer. Barcelona tętni życiem właśnie wieczorem dlatego spacer po tej artystycznej i ukwieconej dzielnicy, jako pierwsze wrażenie z tego miasta to coś niesamowitego. Warto wtedy odwiedzić Marcato La Rambla, czyli jeden z największych targów spożywczych w Barcelonie. Nie działa on przez całą noc, koło 21 jest już zamykany, ale mimo wszystko opłaca się tam przyjść wieczorem, wszystko po obniżonych cenach, ale wciąż świeże. Koszyki z egzotycznymi owocami i świeże koktajle są zdecydowanie najlepsze. Niestety, mój aparat nie sprawdza się najlepiej w nocnych warunkach, dlatego przy słabym świetle zdjęcia nie są zbyt dobre. Prezentuje tylko jedno, magiczne zdjęcia znajdziecie w galerii google. 

 Targ na La Rambla wieczorem
Port w Barcelonie. To zdjęcie mi nie wyszło tak jak miało wyjść, ale nie wiem co w nim jest takiego, że mi się mimo wszystko podoba, wygląda jak jakiś impresjonistyczny obraz Moneta. 

 Pierwsza noc w hostelu była nieco ciężka, wieczorem jest trochę zimniej, więc marzliśmy pod cienkimi kocami. Warunki pokojowe przez miłośników luksusów mogłyby być nazwane spartańskimi, ale była łazienka tylko dla nas (nawet czysta!), więc nam starczyło (za taką cenę i mieszkanie w sercu miasta było naprawdę ok). Co więcej mimo zamkniętych okien ciągle było głośno z ulicy. Ale może to i dobrze, poczułem przynajmniej prawdziwy klimat Barcelony. Na drugi dzień obudziło nas słońce, super się wstaje rano wychodząc na malutki balkonik, widząc tak piękne miasto i mieć przez sobą wizję tak fajnego dnia. Hostelowe śniadanie trochę nas rozśmieszyło, pod tym względem to nawet Formuły i inne tanie hotele mają dużo lepszą ofertę. Tutaj był mały rogalik, babeczka, dwa sucharki. Jakoś da się nasycić na chwilkę ale zawsze można też wypić kawę i zjeść rogale w jednym z barcelońskich parków, lub nad morzem, do którego stamtąd jest bardzo blisko.
 Jako pierwszy punkt naszej wycieczki wyznaczyliśmy Park Guell. Znajduje się on dość daleko za centrum, dlatego po przejechaniu metrem trzeba było iść na piechotę jeszcze kawałek drogi (głównie pod górkę :P, Park znajduje się na wzgórzu). Był to świetny pomysł, gdyż około 9 rano byliśmy tam niemalże sami. Słynna ławka Gaudiego, znana jako najdłuższa ławka w Europie, była pusta, co musi być niesłychanie rzadkim zjawiskiem. Po obejściu całego parku, a jest całkiem spory- oprócz znanych obiektów jest tam także dużo stołów piknikowych, plac zabaw dla dzieci, dom architekta- Gaudiego (1 zdjęcie z posta wcześniej) obeszliśmy do słynnego jaszczura, przez niektórych zwanego smokiem- wizytówki nie tyle już samego parku, co i całej Barcelony. Koło godziny 10 zaczęło się tam gromadzić dużo wycieczek, głównie z Azji, co przeświadczyło nas o dobrej porze. Nawet nie wiecie jak przyjemnie pisało mi się smsa z okolic wejścia do parku z powodzeniami na sprawdzianie z matmy mojej klasie, podczas gdy u nich było około 0 stopni, u nas temperatura dochodziła do 25 ;)  Podsumowując- Park Guell jest świetny, ciekawszy niż na wszystkich zdjęciach i filmach. Wstęp do niego jest za darmo, gdybym był studentem barcelońskim chętnie odwiedzał bym to miejsce regularnie żeby poczytać książki w spokoju. Szkoda tylko że jest daleko od miasta. Aha, zapomniałem wspomnieć o widokach, które rozpościerają się z ławki na całe miasto.





  Casa Mila, kolejne dzieło Gaudiego. Nie wiem co napisać na temat tego miejsca. Wpasowuje się niemal idealnie w ciekawą architektonicznie dzielnice, jednak nie stanowiło dla mnie jakiejś dużej atrakcji. Z zewnątrz jest interesujące, niczym nie różni się od zdjęć i reklam, w których się znajduje. Za wejście na dach i do środka zapłacić trzeba dodatkowo 10 euro. Jeżeli chodzi o same wnętrza, do zwiedzania ma się kilka salek, które były kiedyś domem przedsiębiorcy. Nie robią dużego wrażenia, może po prostu przez to, że mnie takie rzeczy nie kręcą. Nie chciało mi się nawet wyciągać aparatu :P Zdecydowanie ciekawszy jest sam dach, z fantazyjnymi (typowymi dla Gaudiego) kominami. Kilka z nich zrobionych jest nawet z potłuczonych szklanych butelek. Może tylko to zapewnia, że warto było zapłacić tę cenę. Budynek jest ciekawy, ale na tle innych prac Gaudiego "chowa się w tłumie".


 Barcelona jest miastem niesamowitym. Jest dużo pięknych i ciekawych miast na świecie, jednak w Barcelonie ma się wrażenie, że składa się ona z kilku różnych miast. Paryż jest jak perełka, ale architektura i zabudowy w każdym miejscu jest bardzo podobna, natomiast przy wyjeździe nad barcelońskie morze, ma się wrażenie że jesteś w zupełnie innym mieście. Jest to jedna z cech, która mnie urzekła w tym mieście. Fajnie jest wyjechać z zatłoczonego miasta, wyrwać się z muzeów i pojechać nad morze. Usiąść pod palmą i odpocząć. Domyślam się, że w lecie jest tu bardzo tłoczno, ale w listopadzie było niemal idealnie. Dlatego chętnie odwiedzaliśmy plaże, choćby po to, by odpocząć po całym dniu chodzenia.


A to już z innej strony, zachód Słońca przy La Rambli
                                                                           C.D.N.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

 Preview z listopadowej wycieczki. Nie ciężko zgadnąć jakie to miasto, no chyba że usunąłbym drugie zdjęcie :) tylko te plamy na obiektywie...




piątek, 15 czerwca 2012

 Serdecznie polecam wyjazd na wyspy Kanaryjskie. Oczywiście nie jest to zbyt tania impreza, jednak przy odpowiednim momencie zarezerwowania biletów lotniczych, można sporo oszczędzić. Na ferie zimowe wybrałem się z rodziną na Fuertaventurę, wyspę słynną głównie z długich i szerokich plaż oraz raju dla surferów i kitesurferów. Na jeden dzień odwiedziliśmy także Lanzarote, wulkaniczną wyspę. Nie mam dokładnego porównania, jednak wydaje mi się że wszystkie wyspy Kanaryjskie są całkiem podobne, co jest pewne- są świetnym miejscem do wypoczynku. Nasze miasto, Costa Calma, znajdujące się na południu wyspy to typowo turystyczne miasteczko, odwiedzane głównie przez Niemców w wieku emerytalnym (co także ma swoje plusy- zapewniony spokój). Sądzę że wszystkie hotele na wyspie mają podobny standard, nasz, czterogwiazdkowy miał dobre warunki mieszkaniowe, stołówkę z niesamowitym jedzeniem, basen, snack bary i kawałek swojej plaży. Jednak wraz z moją rodziną nie należymy do ludzi, dla których najważniejsze jest leżenie plackiem na leżaku, dlatego hotel był tylko miejscem odpoczynku. Niemal codziennie wypożyczaliśmy auto ( 25 euro za dzień+ dopełnienie baku) i objeżdżaliśmy wyspę.  1 i 2 zdjęcie z wcześniejszego posta wykonałem na plaży dla surferów, niedaleko Costa Calmy. Dzięki wzgórzom i otwartości terenu wieją tam niemal nieustannie wiatry, co jest ogromnym plusem dla kitesurferów i windsurferów, których jest pełno chyba przez cały rok. Miejsce nie tylko dla fanów sportu. Można tam zobaczyć teren z palmami i piaskiem, co daje widok plaży jak w Tajlandii, lub wzgórza z utworzonymi naturalnie okresowymi jeziorkami i małą zatoczką, dla początkujących w sportach.

Latarnia na 3 zdjęciu z postu pierwszego to obiekt z miast Morro Jable, około 10 kilometrów od Costa Calmy. Miasto samo w sobie nie jest specjalnie ciekawe, niczym się nie wyróżnia, jednak można się tam wybrać na zakupy. W Morro Jable od groma jest perfumerii, prowadzonych głównie przez ludność hinduską. Zakupy w takich sklepach są ogromną okazją, gdyż Fuertaventura nie jest obciążona cłem, więc produkty takie jak np. kremy, perfumy są w świetnych cenach (nie zmylić się- na lotniskach to nie obowiązuje). 
                                                                                                            
Morro Jable
 W pierwszym poście na 4 zdjęciu widać klify. Mówiąc szczerze, kompletnie nie pamiętam gdzie się znajdują. I to jest właśnie najpiękniejsze w podróżowaniu prywatnym, objeżdżaniu samochodem wyspy. Chcąc znaleźć jakiś obiekt z przewodnika, zajechaliśmy do małej wioski surferów i po krótkim spacerze zobaczyliśmy przepiękny widok. Mieliśmy prawdziwe szczęście, bo zachód słońca dodawał uroku temu miejscu. (Zdjęcia poniżej nie przerabiałem :) )
Na jeden dzień postanowiliśmy opuścić wyspę, i po przejechaniu do najbardziej odległego miasta na północy wyspy (około 1 i pół h od Costy), udaliśmy się na prom, które kursują regularnie, tylko 2 razy dziennie. Około 13 byliśmy na wyspie Lanzarote- wyspie wulkanicznej. Także posiadając auto, staraliśmy się zobaczyć jak najwięcej, naszym głównym punktem był Timanfaya National Park, słynny z wygasłych już wulkanów. Aby obejrzeć kratery, można wybrać 2 drogi- safari na wielbłądach, lub jazda ogromnym autobusem w tak wąskich alejkach, że człowiek aż się bał! (Widoki oglądało się przez szyby autobusu).
Krajobrazy w Parku Narodowym, kręta "uliczka" i malutki biały punkcik, czyli autobus (zdjęcie robione przez szybę)
Następnym punktem na Lanzarote była rzekomo najpiękniejsza plaża wyspy- Playa Famara. Na miejscu po raz kolejny przekonałem się, że na zbytnio po co brać do serca rady przewodników, bo ta plaża w porównaniu do innych niczym specjalnie się nie wyróżniała, a na zdjęciach, chociażby w Google Gallery wygląda dużo lepiej. Plusem natomiast są grupki surferów, których zmagania ciekawie się ogląda. 
Niestety, do słynnych Grot na Północy, Hotelu z najpiękniejszym basenem oraz Ogrodu Kaktusów nie zdążyliśmy dojechać, gdyż mimo że Lanzarote nie jest zbyt dużą wyspą, wycieczka na Wulkany zabiera trochę czasu, a jak powiedziałem, kursujące tylko 2 razy dziennie promy (powrót najpóźniej o 19) utrudniają wycieczkę. W drodze powrotnej do miejscowości z promem, oglądaliśmy ciekawe krajobrazy wulkaniczne i zatrzymaliśmy się w kilku winiarniach na degustację win, które mówiąc szczerze były niedobre :P. 
 Gadająca papuga przy jednej z winiarni
 Winiarnia na Lanzarote nie wygląda jak typowa winiarnia np. z Toskanii, każde drzewko odgrodzone jest czymś w stylu murka. Tutaj zdjęcia jak to wygląda w zimie.
Jedna z miejscowości na Lanzarote. Takich tam jest najwięcej- malutkich miasteczek z białymi domkami, które wyglądają jak wymarłe.
  Nie mieliśmy okazji pooglądać turystycznych miejscowości Lanzarote, miast z przesadnymi hotelami i basenami, dlatego wyspa wydała mi się nieco opustoszał, mało aut na drogach, powiedziałbym wręcz że odczuwa się dziwny klimat. Polecam na wycieczkę, jednak jeśli jedzie się na dłuższe wakacje, myślę że powinno się wybrać inną wyspę. 

  Jeśli zastanawialiście się co to za wiewiórka wyglądająca niczym postać z Alvin i Wiewiórki to od razu mówię, że jest to pręgowiec berberyjski, których na Fuertaventurze można spotkać od groma, trzeba tylko udać się w odpowiednie miejsce i o dobrej porze, bo kiedy szukałem ich wieczorem, nie znalazłem ani jednego, w porze słonecznej widziałem je na każdym kroku. Pręgowce z jednej strony są płochliwe, ale z drugiej, jeśli tylko zobaczą kawałek jedzenia- suchara, orzeszka itd. od razu do Ciebie przybiegną po czym zabiorą i uciekną, nie są raczej skore do zabawy, pogłaskania, czy wzięcia na ręce. Mimo wszystko są bardzo ciekawymi zwierzętami.


 Na Fuertaventurze są także inne zwierzęta. Co ciekawe, można tam spotkać dzikie zające, ukrywające się gdzieś w parkach lub wielbłądy, których jest tam dużo. Te z poprzedniego posta to dromadery z Oasis Park. Oasis Park to coś w stylu zoo, połączonego z ogrodem botanicznym i pokazami zwierząt. Znajduje się mniej więcej na środku wyspy, jednak nikt z nas nie chciał się tam wybrać, gdyż nie przepadamy za zoo a na dodatek było napisane że zajmuje co najmniej czterech godzin, co nas rozśmieszyło i uznaliśmy że my to pewnie zrobimy w godzinę. Dobrze, że zaryzykowaliśmy i wybierając się tam dowiedliśmy, że nie ma nic bardziej mylnego. Cały park to ogromny obszar podzielony na kilka części i dostosowany do zwierząt. Przy wejściu chodzisz alejkami czując się jak w dolinie Amazonii, mając nad swoją głową palmy i egzotyczną roślinność. Z czasem krajobraz zmienia się w bardziej pustynny, gdzie wśród słoni i wielbłądów czujesz się jak w Afryce. Na koniec wycieczki odwiedzasz Góry, aby obejrzeć pokaz Orłów. Jest to bardzo ciekawe miejsce ze względu na dwie rzeczy. Po pierwsze nie patrzysz na zwierzęta z żalem przez szybę, lecz sam uczestniczysz w zoo- niektóre klatki to zarazem alejki, masz więc możliwość przejścia koło kolorowych ptaków, niektóre latają Ci nad głową, albo koło lemurów, które chodzą koło Ciebie. Niezwykłe przeżycie. Po drugie, bierze się udział w pokazach zwierząt, które są zawsze o stałych godzinach. Można zobaczyć pokaz słoni morskich, gadów, papug (niestety wtedy podczas remontu, zamknięty),orłów lub wybrać się na safari na wielbłądach, dodatkowo płatne za około 10 euro od osoby. Największe wrażenie zrobił na mnie pokaz Orłów, które były przywoływane z kilku kilometrów a spadając myślałeś że lecą na Ciebie. Nie wiem jak trenerzy tego dokonali, ale było niesamowicie. Pokazy zrobione są pod ludzi, są czasem śmieszne, a do niektórych z nich bierze się publiczność. Na terenie obiektu jest bardzo dużo zwierząt nie spotykanych w normalnych zoo- od miliona gatunków małych małpek przez białe kangury po koati.Co mi się najbardziej nie podobało to głupota ludzi jak np. bardzo inteligentnej pani z Polski, która pomimo 5 tablic :"Do not feed "miała nawet kilka rysunków z przekreślonym bananem, ale i tak wrzuciła z 5 gorylowi, żeby zapewnić atrakcje sobie i dzieciom. Co za ludzie... Moje zdjęcia z Parku nie są najciekawsze, niestety, jednak byłem tam już zmęczony i ciężko było mi zmieniać tryby w aparacie :P No i zgodnie z planem, spędziliśmy tam 4 godziny mając i tak dobre tempo.
 W jednej klatce z lemurem
 Goryl wyciągi łapę po kolejnego banana od inteligentnej Polki...
 Pokaz gadów z udziałem publiczność. Uff, dobrze, że to nie byłem ja, tak boję się węży!
 Część Afrykańska
 Pokaz orłów
 Ogród botaniczny

Innymi miejscami godnymi polecenia są piaski przed miejscowością portową Corralejo, na północy Fuerty, z których niestety nie mam zbyt ciekawych zdjęć, co spowodowane jest głównie plamami na moim obiektywie. W środku natomiast wypada odwiedzić malutkie miasteczko Betancuria, czyli pierwszą stolicę wyspy, nieco dzisiaj opuszczoną i zapomnianą. 
Betancuria

Ciężko byłoby mi odpowiedzieć na pytanie co podczas tej wycieczki najbardziej mi się podobało. Wiem jednak, że niesamowite wrażenie zrobiło na mnie miejscowość Cofete. Znajdująca się najbardziej na południu mieścina, do której dojazd jest ciężki i wielu z niego rezygnuje, nie wiedząc co traci. Jadąc nieubitą, pełną kamieni , żwiru i piasku drogą wydawać by się mogło, że za jakieś 10 minut dojedzie się do tabliczki Cofete, która z daleka już jest widoczna.Też się na to nabraliśmy, a do celu dojechaliśmy po godzinie ledwie żywi i przestraszeni z powodu drogi. Jednak było niezwykle warto. Widok z punktu widokowego jest naprawdę oszałamiający. Ogromne skały, czarne plaże i może które wygląda na niebezpieczne a na samym środku skał malutki punkcik, czyli dom Gustava Wintera. Bardzo zaciekawiło mnie co robi taki dom na końcu świata, więc po przeczytaniu informacji z przewodnika od razu postanowiliśmy podjechać bliżej. Otóż o Gustavie Winterze mówi się, że był tajemniczym mężczyzną z czarnym psem myśliwskim, wiecznie noszącym duże okulary, zasłaniające twarz. O domu zaś twierdzi się że był bazą U-BOOTów podczas drugiej wojny światowej, bądź też , że to tam wykonywano operacje plastyczne twarzy generałów podczas wojen. Do dziś nikt tego nie zbadał, Gustav Winter zmarł, a dom stoi pusty, a jedyną szansą na jego zwiedzenie jest zapłacenie miejscowego barmanowi. A jak wygląda miasto Cofete? W ogóle nie powinno się tego nazwać miastem. Co prawda u podnóży skał jest mały bar oraz pomnik Gustava wraz z psem, lecz tych kilka domków kamiennych wyglądających jak baraki lub magazynki ciężko nazwać domami. Niezwykle dziwne, przerażające a zarazem ciekawe miejsce, w którym czas zatrzymał się chyba lata temu. Trochę żałuję, że nie widziałem domu w środku, jednak ograbione wnętrze zobaczyć można w filmiku na yt.



 Zdołaliśmy odhaczyć więcej atrakcji wysp, niż nawet zamierzaliśmy, a przy tym zdążyliśmy odpocząć nad basenem i pływać w oceanie. Nie wszystko dało się zobaczyć, niektóre punkty też nie wypaliły, ale podkreślam, że naprawdę warto oglądać prawdziwą Fuertę, biorąc za niewielkie pieniądze auto i jeżdżąc, nie koniecznie wczytywać się we wszystkie przewodniki.
  Ogólne wrażenie. Jest to bardzo ciekawa wyspa, na pewno cały archipelag jest interesujący, moje pierwsze skojarzenie w drodze z lotniska było takie, że znajduje się w Afryce, a nie w Europie. Krajobrazy między miastami to wzgórza wulkaniczne, niczym nie obrośnięte, tylko miasta porobione na oazy. Naprawdę warto się tam wybrać, chociażby dla sportu (całoroczne wiatry, można też nurkować) lub dla odpoczynku. Jedyną i w dodatku chyba największą wadą wyspy jest zbyt duża liczba emerytów, głównie z Niemiec, którzy lubią pływać i opalać się nago, nawet na plażach, które tego zabraniają. Nie wszyscy przecież muszą i  chcą to oglądać :) Aha, jeśli szukasz miejsca, żeby się wybawić, chodzić do klubów i nawiązać kontakty z młodymi ludźmi, to może poszukaj innego miejsca. Ja polecam, chciałbym teraz zobaczyć sąsiednie wyspy.
PS Byliśmy tam w zimie, styczeń/luty temperatura około 20-25 stopni, są dni z mocniejszym wiatrem, że nawet na plaży można się przykryć ręcznikiem, są takie że aż chce się pływać w basenie. Tylko woda w oceanie "troszkę" zimna, ale komu to przeszkadza :)
 Szkoła kite i windsurfingu
 Z klifów raz jeszcze
 Zdjęcie przez szybę z nieostrą nawigacją :P tak właśnie wyglądają widoki z samochodu przy podróżowaniu na Lanzarote (zresztą na Fuercie jest podobnie, tylko bardziej piaskowe skały). Na Kanarach mają świetne trasy, no może z wyjątkiem tej do Cofete :)
Basen hotelowy z widokiem na morze i plaże



Cześć! Interesuję się fotografią, a moim hobby są podróże dlatego postanowiłem zrobić krok w tę stronę, zobaczymy co z tego wyjdzie :) Załączam kilka zdjęć mojego autorstwa z wyjazdu na Fuertaventurę w lutym tego roku. Mam nadzieję, że ktoś kiedyś tu wejdzie, a może nawet szczerze skomentuje :).Są to jedne z moich ulubionych zdjęć, każde wykonane w zupełnie innym miejscu. Lekko przy nich majstrowałem, nie używam Photoshopa, tylko wyostrzyłem kolorki :) Postaram się następnym razem co nieco opisać na temat tych miejsc, gdyż uważam takie rady za przydatne.