Barcelona
W Barcelonie byłem w listopadzie, pięciodniowy wyjazd w okolicach Święta Niepodległości. W lecie nigdy tam nie byłem, ale mam małe porównanie z wyjazdów znajomych i wiem, że jeśli ma się ochotę na intensywne zwiedzanie, taka pora jest dużo lepsza, gdyż nie ma aż tak dużo ludzi (w mieście zawsze jest ich pełno, ale nie ma aż takich kolejek itd.). Pogoda dopisała, około 20 stopni, dużo słońca, tylko jeden dzień pochmurny, lecz także ciepły. Po przylocie zakwaterowaliśmy się w naszym hostelu, w sercu miasta- bocznej uliczce La Rambli i od razu udaliśmy się na nocny spacer. Barcelona tętni życiem właśnie wieczorem dlatego spacer po tej artystycznej i ukwieconej dzielnicy, jako pierwsze wrażenie z tego miasta to coś niesamowitego. Warto wtedy odwiedzić Marcato La Rambla, czyli jeden z największych targów spożywczych w Barcelonie. Nie działa on przez całą noc, koło 21 jest już zamykany, ale mimo wszystko opłaca się tam przyjść wieczorem, wszystko po obniżonych cenach, ale wciąż świeże. Koszyki z egzotycznymi owocami i świeże koktajle są zdecydowanie najlepsze. Niestety, mój aparat nie sprawdza się najlepiej w nocnych warunkach, dlatego przy słabym świetle zdjęcia nie są zbyt dobre. Prezentuje tylko jedno, magiczne zdjęcia znajdziecie w galerii google.
Targ na La Rambla wieczorem
Port w Barcelonie. To zdjęcie mi nie wyszło tak jak miało wyjść, ale nie wiem co w nim jest takiego, że mi się mimo wszystko podoba, wygląda jak jakiś impresjonistyczny obraz Moneta.
Pierwsza noc w hostelu była nieco ciężka, wieczorem jest trochę zimniej, więc marzliśmy pod cienkimi kocami. Warunki pokojowe przez miłośników luksusów mogłyby być nazwane spartańskimi, ale była łazienka tylko dla nas (nawet czysta!), więc nam starczyło (za taką cenę i mieszkanie w sercu miasta było naprawdę ok). Co więcej mimo zamkniętych okien ciągle było głośno z ulicy. Ale może to i dobrze, poczułem przynajmniej prawdziwy klimat Barcelony. Na drugi dzień obudziło nas słońce, super się wstaje rano wychodząc na malutki balkonik, widząc tak piękne miasto i mieć przez sobą wizję tak fajnego dnia. Hostelowe śniadanie trochę nas rozśmieszyło, pod tym względem to nawet Formuły i inne tanie hotele mają dużo lepszą ofertę. Tutaj był mały rogalik, babeczka, dwa sucharki. Jakoś da się nasycić na chwilkę ale zawsze można też wypić kawę i zjeść rogale w jednym z barcelońskich parków, lub nad morzem, do którego stamtąd jest bardzo blisko.
Jako pierwszy punkt naszej wycieczki wyznaczyliśmy Park Guell. Znajduje się on dość daleko za centrum, dlatego po przejechaniu metrem trzeba było iść na piechotę jeszcze kawałek drogi (głównie pod górkę :P, Park znajduje się na wzgórzu). Był to świetny pomysł, gdyż około 9 rano byliśmy tam niemalże sami. Słynna ławka Gaudiego, znana jako najdłuższa ławka w Europie, była pusta, co musi być niesłychanie rzadkim zjawiskiem. Po obejściu całego parku, a jest całkiem spory- oprócz znanych obiektów jest tam także dużo stołów piknikowych, plac zabaw dla dzieci, dom architekta- Gaudiego (1 zdjęcie z posta wcześniej) obeszliśmy do słynnego jaszczura, przez niektórych zwanego smokiem- wizytówki nie tyle już samego parku, co i całej Barcelony. Koło godziny 10 zaczęło się tam gromadzić dużo wycieczek, głównie z Azji, co przeświadczyło nas o dobrej porze. Nawet nie wiecie jak przyjemnie pisało mi się smsa z okolic wejścia do parku z powodzeniami na sprawdzianie z matmy mojej klasie, podczas gdy u nich było około 0 stopni, u nas temperatura dochodziła do 25 ;) Podsumowując- Park Guell jest świetny, ciekawszy niż na wszystkich zdjęciach i filmach. Wstęp do niego jest za darmo, gdybym był studentem barcelońskim chętnie odwiedzał bym to miejsce regularnie żeby poczytać książki w spokoju. Szkoda tylko że jest daleko od miasta. Aha, zapomniałem wspomnieć o widokach, które rozpościerają się z ławki na całe miasto.
Casa Mila, kolejne dzieło Gaudiego. Nie wiem co napisać na temat tego miejsca. Wpasowuje się niemal idealnie w ciekawą architektonicznie dzielnice, jednak nie stanowiło dla mnie jakiejś dużej atrakcji. Z zewnątrz jest interesujące, niczym nie różni się od zdjęć i reklam, w których się znajduje. Za wejście na dach i do środka zapłacić trzeba dodatkowo 10 euro. Jeżeli chodzi o same wnętrza, do zwiedzania ma się kilka salek, które były kiedyś domem przedsiębiorcy. Nie robią dużego wrażenia, może po prostu przez to, że mnie takie rzeczy nie kręcą. Nie chciało mi się nawet wyciągać aparatu :P Zdecydowanie ciekawszy jest sam dach, z fantazyjnymi (typowymi dla Gaudiego) kominami. Kilka z nich zrobionych jest nawet z potłuczonych szklanych butelek. Może tylko to zapewnia, że warto było zapłacić tę cenę. Budynek jest ciekawy, ale na tle innych prac Gaudiego "chowa się w tłumie".
Barcelona jest miastem niesamowitym. Jest dużo pięknych i ciekawych miast na świecie, jednak w Barcelonie ma się wrażenie, że składa się ona z kilku różnych miast. Paryż jest jak perełka, ale architektura i zabudowy w każdym miejscu jest bardzo podobna, natomiast przy wyjeździe nad barcelońskie morze, ma się wrażenie że jesteś w zupełnie innym mieście. Jest to jedna z cech, która mnie urzekła w tym mieście. Fajnie jest wyjechać z zatłoczonego miasta, wyrwać się z muzeów i pojechać nad morze. Usiąść pod palmą i odpocząć. Domyślam się, że w lecie jest tu bardzo tłoczno, ale w listopadzie było niemal idealnie. Dlatego chętnie odwiedzaliśmy plaże, choćby po to, by odpocząć po całym dniu chodzenia.
Jako pierwszy punkt naszej wycieczki wyznaczyliśmy Park Guell. Znajduje się on dość daleko za centrum, dlatego po przejechaniu metrem trzeba było iść na piechotę jeszcze kawałek drogi (głównie pod górkę :P, Park znajduje się na wzgórzu). Był to świetny pomysł, gdyż około 9 rano byliśmy tam niemalże sami. Słynna ławka Gaudiego, znana jako najdłuższa ławka w Europie, była pusta, co musi być niesłychanie rzadkim zjawiskiem. Po obejściu całego parku, a jest całkiem spory- oprócz znanych obiektów jest tam także dużo stołów piknikowych, plac zabaw dla dzieci, dom architekta- Gaudiego (1 zdjęcie z posta wcześniej) obeszliśmy do słynnego jaszczura, przez niektórych zwanego smokiem- wizytówki nie tyle już samego parku, co i całej Barcelony. Koło godziny 10 zaczęło się tam gromadzić dużo wycieczek, głównie z Azji, co przeświadczyło nas o dobrej porze. Nawet nie wiecie jak przyjemnie pisało mi się smsa z okolic wejścia do parku z powodzeniami na sprawdzianie z matmy mojej klasie, podczas gdy u nich było około 0 stopni, u nas temperatura dochodziła do 25 ;) Podsumowując- Park Guell jest świetny, ciekawszy niż na wszystkich zdjęciach i filmach. Wstęp do niego jest za darmo, gdybym był studentem barcelońskim chętnie odwiedzał bym to miejsce regularnie żeby poczytać książki w spokoju. Szkoda tylko że jest daleko od miasta. Aha, zapomniałem wspomnieć o widokach, które rozpościerają się z ławki na całe miasto.
Casa Mila, kolejne dzieło Gaudiego. Nie wiem co napisać na temat tego miejsca. Wpasowuje się niemal idealnie w ciekawą architektonicznie dzielnice, jednak nie stanowiło dla mnie jakiejś dużej atrakcji. Z zewnątrz jest interesujące, niczym nie różni się od zdjęć i reklam, w których się znajduje. Za wejście na dach i do środka zapłacić trzeba dodatkowo 10 euro. Jeżeli chodzi o same wnętrza, do zwiedzania ma się kilka salek, które były kiedyś domem przedsiębiorcy. Nie robią dużego wrażenia, może po prostu przez to, że mnie takie rzeczy nie kręcą. Nie chciało mi się nawet wyciągać aparatu :P Zdecydowanie ciekawszy jest sam dach, z fantazyjnymi (typowymi dla Gaudiego) kominami. Kilka z nich zrobionych jest nawet z potłuczonych szklanych butelek. Może tylko to zapewnia, że warto było zapłacić tę cenę. Budynek jest ciekawy, ale na tle innych prac Gaudiego "chowa się w tłumie".
Barcelona jest miastem niesamowitym. Jest dużo pięknych i ciekawych miast na świecie, jednak w Barcelonie ma się wrażenie, że składa się ona z kilku różnych miast. Paryż jest jak perełka, ale architektura i zabudowy w każdym miejscu jest bardzo podobna, natomiast przy wyjeździe nad barcelońskie morze, ma się wrażenie że jesteś w zupełnie innym mieście. Jest to jedna z cech, która mnie urzekła w tym mieście. Fajnie jest wyjechać z zatłoczonego miasta, wyrwać się z muzeów i pojechać nad morze. Usiąść pod palmą i odpocząć. Domyślam się, że w lecie jest tu bardzo tłoczno, ale w listopadzie było niemal idealnie. Dlatego chętnie odwiedzaliśmy plaże, choćby po to, by odpocząć po całym dniu chodzenia.
A to już z innej strony, zachód Słońca przy La Rambli
C.D.N.